tomasz biegański
Ulepmy bałwana, tato, zanim przyjdzie lato!
Są na świecie miejsca, gdzie bałwana można ulepić przez cały rok. Dziwne, prawda? Kamil z drugiej „B” też był zaskoczony, gdy dowiedział się o tym w pewien pochmurny, grudniowy poniedziałek.
Ostatnia w tamtym dniu lekcja nie zapowiadała się ciekawie, ale wszystko się zmieniło, gdy wychowawczyni ogłosiła, że klasę odwiedzi pewien szczególny gość. Po chwili w sali rozległo się pukanie, a gdy drzwi się uchyliły, do środka wszedł wysoki, uśmiechnięty mężczyzna. Kamil dobrze go znał – to był tata Marcela, jego kolegi z ławki.
Pan Marek uwielbiał dalekie podróże, dlatego często zapędzał się w odległe zakątki globu. Niedawno wrócił z wyprawy na biegun południowy i obiecał wychowawczyni drugiej „B”, że opowie jej uczniom o tej niezwykłej eskapadzie.
Kiedy pokazał dzieciom pierwsze fotografie, Kamil miał wrażenie, że zaraz zamarznie. Ze zdjęć wiało chłodem – wszystko, aż po horyzont, było pokryte śniegiem i lodem.
– Na Antarktydzie trwa astronomiczne lato, choć patrząc na zdjęcia, trudno w to uwierzyć. Mróz dokucza zwłaszcza w głębi kontynentu, gdzie temperatura spada poniżej minus 30 stopni. W takim miejscu lepiej nie zdejmować czapki, bo włosy mogą się zamienić w sople lodu – zaśmiał się pan Marek.
– Na wybrzeżu jest już znacznie cieplej, w niektóre dni wystarczy nawet koszulka z krótkim rękawkiem. Ale tam też łatwo znaleźć śnieg i ulepić bałwana. Zresztą sami zobaczcie, tego ulepiłem specjalnie dla was – powiedział podróżnik, pokazując zdjęcie bałwana w przymałej czapce i z kolorowym szalikiem na „szyi”.
Na widok tego zabawnego ludzika Kamilowi aż zaświeciły się oczy. Mimo że była już połowa grudnia, śnieg mógł oglądać tylko na starych zdjęciach. Zazdrościł tacie Marcela, że on, kiedy tylko zechce, może pojechać tam, gdzie białego puchu nigdy nie brakuje.
Kamil podziwiał pana Marka. Zawsze z zapartym tchem słuchał opowieści o jego przygodach w dalekich i często niebezpiecznych zakątkach świata. A gdy odwiedzał Marcela, mógł z bliska oglądać pamiątki z tych niezwykłych wypraw – były wśród nich egzotyczne muszle, ręcznie zdobione maski i barwne pióropusze. Już sam ich widok zachęcał do dalekich podróży!
Tata Kamila w niczym nie przypominał pana Marka. Wprawdzie też ciągle był w drodze, ale tylko dlatego, że pracował jako taksówkarz. Zwykle przemierzał znajome ulice i jedynie w wakacje zapuszczał się poza rodzinne strony, ale nawet wtedy nie odwiedzał żadnych egzotycznych krajów. Tymczasem tata Marcela, który dopiero co wrócił z drugiego końca świata, po skończonej lekcji pojechał prosto na lotnisko, by wyruszyć w kolejną podróż.
Gdy pan Marek pożegnał się z dziećmi, do zamyślonego Kamila podeszła Hania.
– Mój tata przyjdzie do naszej klasy za tydzień, będzie opowiadał o swoich wynalazkach. A twój? Czy twój tata robi coś ciekawego? – zapytała.
– Tata Kamila? – prychnął Wojtek. – Przecież to taksówkarz, tylko wozi ludzi.
– Odczep się od mojego taty, on ma dużo ciekawego do powiedzenia! A taksówkarz to bardzo ważna i potrzebna praca! – odszczeknął się Kamil i pogroził Wojtkowi zaciśniętą pięścią.
– No pewnie, nie gniewaj się – Wojtek zaśmiał się Kamilowi w twarz, udając przepraszające gesty, po czym odszedł w swoją stronę.
Kamil był z początku wściekły. Ze złości zacisnął zęby i zmarszczył brwi. Na nic zdały się pocieszające słowa koleżanek i kolegów, żeby Wojtkiem się nie przejmować, bo przecież on lubi dokuczać innym. Kamil wiedział, że Wojtek nie tylko jemu sprawiał przykrość. Sęk w tym, że tym razem się z nim zgadzał…
Tata Marcela był nieustraszonym zdobywcą. Wspinał się na najwyższe szczyty
i badał najgłębsze jaskinie. Niestraszny był mu upał czy przenikliwe zimno. A dzikie zwierzęta? Im więcej, tym lepiej! Tata Marcela prędzej włożyłby głowę w paszczę lwa niż pomyślał o uciecze na widok drapieżnika.
Tata Hani też imponował Kamilowi. Od jaskiń i stromych stoków wolał wprawdzie płaski, znajomy grunt pod nogami, ale i tak robił ekscytujące rzeczy! Wystarczy wspomnieć, że projektował rakiety, które później wynosiły ludzi na orbitę okołoziemską. „Mój tata jest z zawodu projektantem rakiet kosmicznych” – które dziecko nie chciałoby tak powiedzieć? A to nie wszystko. Bo po pracy tata Hani często przesiadywał w swoim przydomowym warsztacie. Podobno pracował nad wehikułem do podróży w czasie…
Został jeszcze tata Wojtka – tego, który sprawiał innym przykrość. Żadne dziecko w klasie tak dokładnie nie wiedziało, co robi tata Wojtka. Wiadomo było tylko, że zajmuje ważne stanowisko w bardzo dużej firmie i pracuje w ogromnym biurowcu na najwyższym piętrze. Wojtek mówił, że jego tata jest szefem, dlatego wychodzi do pracy wcześnie, a gdy wraca, to nawet latem robi się już ciemno za oknem.
A tata Kamila? Pan Grzegorz miał zwyczajną pracę. To nie było nic takiego, o czym można kolegom opowiadać z wypiekami na twarzy. Stale gdzieś jeździł, ale trudno było to porównać z wyprawą na biegun. Nie budował statków kosmicznych, co najwyżej karmniki dla ptaków, gdy go o to Kamil poprosił. I nie był żadnym szefem, którego ktoś słuchał. To inni mówili mu, dokąd ma jechać.
Właśnie teraz, kiedy rodzice odwiedzali szkołę, by opowiadać o swojej pracy i pasjach, Kamil utwierdził się w przekonaniu, że jego tata nie ma się czym pochwalić. Tego dnia, gdy tata Marcela opowiedział o swojej wyprawie na biegun, chłopiec stał się wyjątkowo markotny. Inni po lekcjach wesoło się przekomarzali, on tymczasem wracał do domu ze skwaszoną miną. Wzrok miał wbity w chodnik, a na pytania koleżanek i kolegów odpowiadał półsłówkami.
W pewnym momencie jednak w jego oczach pojawił się błysk. Szybko podniósł głowę, by upewnić się, czy aby coś mu się nie przywidziało. Spojrzał na zachmurzone niebo i… nie, to nie było przywidzenie. Zaczął padać śnieg! Pierwszy w tym roku!
– Patrzcie, śnieg! – krzyknął do Hani i Marcela, którzy byli zajęci rozmową.
– Jej, wspaniale! – odparła
z zachwytem Hania, próbując złapać w ręce tańczące, śnieżne płatki. – Oby tylko zaraz nie przestał…
Śniegu nie widziano w mieście prawie od roku. Może dlatego, gdy pojawił się po tak długiej przerwie, nie zamierzał szybko się wynosić. Z każdą chwilą powietrze wokół dzieci stawało się coraz bielsze. Cała trójka zatrzymała się w drodze do swoich domów, by nie przegapić pierwszego – i oby nie ostatniego – śniegu w tym roku. Drobne, mroźne płatki topiły się na ich nosach, policzkach i powiekach.
– Spójrzcie tylko na tego odważnego odkrywcę! Mimo mrozu i śnieżnej zamieci, idzie naprzód, by zdobyć biegun południowy! – wykrzykiwał Marcel, któremu gęstniejący śnieg przypomniał o tacie i jego podróży przez odległą Antarktydę. Na widok Marcela, samotnie stawiającego czoła trudnej pogodzie, Hania i Kamil stworzyli psi zaprzęg, który szczekając, torował sobie drogę do najbliższych ludzkich osiedli.
Wystarczył kwadrans, by padający biały puch zamienił powrót do domu w prawdziwą przygodę. Śnieżny dywan powoli przykrywał chodniki i ulice. Śniegu było wciąż za mało, żeby wyciągnąć łyżwy i sanki. Nie nadawał się jeszcze do tego, by ulepić bałwana. Ale jeśli zima chciała dzieciom wynagrodzić, że tak długo czekały na śnieg, to spisała się na medal.
– Słuchajcie, może jutro po szkole pójdziemy do parku? – zaproponowała Hania, spoglądając z nadzieją na swoich kolegów. – Jeśli jeszcze trochę popada, a w nocy śnieg się nie stopi, będzie świetna zabawa.
– Zapytam tatę, czy pójdzie z nami – odparł podekscytowany Kamil, któremu humor już na dobre się poprawił.
I tak oto, snując plany lepienia bałwana, budowania igloo i bitwy na śnieżki, trójka przyjaciół rozeszła się do domów. Ku ich wielkiemu zadowoleniu, śnieg nie przestawał padać…
***
Kamil wpadł do mieszkania jak wicher. Szybko przywitał się z mamą i młodszą siostrą, po czym popędził do swojego pokoju. Próbował odrabiać lekcje, ale raz po raz niecierpliwie zerkał przez okno, sprawdzając, czy aby ich auto nie podjeżdża pod blok. Nie musiał czekać długo, bo tata właśnie kończył ostatni tego dnia kurs.
Chłopiec już z daleka rozpoznał wysłużonego, czarnego forda z napisem „taxi” na drzwiach. Nie dał się zmylić białej, śnieżnej pierzynie, która pokryła dach i maskę pojazdu.
Kiedy tylko tata wszedł do klatki schodowej, Kamil zbiegł do niego po schodach.
– Widziałeś? Spadł śnieg! – podzielił się radosną nowiną, jakby tata mógł przegapić białe kryształki, które chwilę wcześniej przyozdobiły jego brwi i wąsy.
– Owszem, ktoś mi już o tym wspominał – odparł rozbawiony pan Grzegorz, nachylając się nad synem. – Ten ktoś przypomniał mi też, że w piwnicy mamy sanki…
– Właśnie miałem ci o nich mówić! – wykrzyknął uradowany chłopiec. – Jutro po szkole chcemy iść z Hanią i Marcelem do parku, dołączysz do nas?
– Pewnie, z przyjemnością. Kto wie, kiedy znowu spadnie śnieg – odpowiedział tata, przybijając synowi piątkę. – Jeśli tylko do jutra wszystko się nie roztopi, będę na was czekał po lekcjach. Napiszę jeszcze do rodziców Marcela i Hani, może się przyłączą.
***
Po odłączeniu się od kolegów, Hania poszła prosto do domu. Gdy dotarła na miejsce, zastała przeziębioną mamę, która siedziała pod kocem, popijając mleko z miodem i masłem.
– Czyli z tobą nie ulepię jutro bałwana – powiedziała cicho dziewczynka.
– Raczej nie, przykro mi żabko – odparła mama ze smutkiem w głosie, sięgając po chusteczkę higieniczną. – Zapytaj tatę, może on da radę.
Tata Hani zdążył wrócić z pracy, ale swoim zwyczajem zamknął się w warsztacie. Wytrwale doskonalił tam pojazd, którym już wkrótce ludzie mieli podróżować w przeszłość i przyszłość, z akcentem na to pierwsze. „Podróże w przeszłość to przyszłość” – zwykł mawiać. „Mnóstwo ludzi chciałoby cofnąć czas, ale na razie to niemożliwe. Mój wynalazek przyniesie prawdziwy przełom, pomyśleć tylko, ile osób będzie mogło naprawić swoje dawne błędy” – powtarzał, wciąż nieobecny i zatopiony w myślach.
Hania nauczyła się już, że tacie lepiej nie przeszkadzać, kiedy pracuje nad czymś przełomowym. Tym razem jednak okazja była szczególna – pierwszy śnieg to przecież coś, co zdarza się tylko raz w roku. Dziewczynka była pewna, że tata Kamila pójdzie z nimi jutro do parku i będą się razem dobrze bawić, ale miała nadzieję, że jej tata też do nich dołączy, zwłaszcza że przed rokiem i dwa lata wcześniej nie znalazł na to czasu.
Hania niepewnie zapukała do drzwi warsztatu.
Z początku odpowiedziała jej cisza, ale po dłuższej chwili usłyszała tatę.
– Tak? – ton głosu pana Igora wyrażał zniecierpliwienie i raczej nie zachęcał do wejścia.
– To ja, tato. Czy mogę wejść? – zapytała mimo to Hania. Słysząc córkę, pan Igor jakby poweselał.
– Ach, to ty Haneczko. Pewnie, wchodź – odpowiedział już żwawiej, choć nie oderwał się od swoich zajęć. – Co dobrego w szkole?
– Nudy – Hania odparła bez przekonania. – Może poza tym, że tata Marcela pokazał nam swoje zdjęcia z Antarktydy.
– O proszę, brzmi ciekawie – skomentował pan Igor w przerwie między przykręcaniem kolejnych śrubek.
– Tak, ale to jeszcze nic – machnęła ręką Hania. – Najciekawsze było potem. Wyobraź sobie, że po lekcjach spadł śnieg! W końcu!
– Super, bardzo się cieszę. Umówiłaś się już na sanki?
– Tak, jutro po szkole chcemy iść do parku. Kamil zapyta swojego tatę, czy pójdzie tam z nami. Pomyślałam, że może do nas dołączysz? – Hania zawiesiła głos.
– Kochanie, jutro nie dam rady. Jestem już tak blisko – pan Igor zbliżył do siebie kciuk i palec wskazujący, by pokazać jak niewielki dystans dzieli go od ukończenia wehikułu czasu. – Czuję, że na dniach dopnę wszystko na ostatni guzik, a wtedy już będę cały twój. Kuligi, bałwany, zrobimy co tylko zechcesz. Obiecuję.
Hania posmutniała. Znała już takie obietnice. Kiedy przed rokiem spadł śnieg, tata nie znalazł dla niej czasu, a jego wytłumaczenie do złudzenia przypominało słowa, które usłyszała przed chwilą. Pogodziła się już z myślą, że będzie musiała zadowolić się towarzystwem taty Kamila. Darzyła go wprawdzie dużą sympatią, ale to jednak nie był jej tata.
W tym uczuciu Hania nie była odosobniona. Marcel czuł podobnie, jednak w przeciwieństwie do swojej koleżanki, nie próbował nawet przekonać swojego taty do lepienia bałwana. Tata Marcela siedział właśnie w samolocie i, dla odmiany, leciał tym razem do takiego miejsca w Afryce, w którym nikt jeszcze nigdy nie widział śniegu na własne oczy.
***
– Dzień dobry dzieci – pani z biblioteki przywitała się z klasą. – Wasza wychowawczyni musiała dzisiaj wyjść wcześniej, dlatego ją zastępuję. Zacznę od sprawdzenia listy obecności. Marcel?
– Jestem.
– Hanka?
– Obecna.
– Kamil? Czy jest Kamil?
– Tak, obecny – rozkojarzony chłopiec odpowiedział po dłuższej chwili.
Dzieci były tego dnia obecne, ale bardziej ciałem niż duchem. Zwłaszcza na ostatniej lekcji trudno było im się skupić na tym, co mówi pani bibliotekarka. Ukradkiem zerkały w stronę okna, bo tam, na dworze, leżał najprawdziwszy śnieg, a przecież one tak długo na niego czekały.
Ich wczorajsze obawy się nie sprawdziły. Śnieg nie stopniał przez noc, a nawet trochę go przybyło. Warunki do zabawy były więc idealne. Póki co, dzieci z drugiej „B” z zazdrością spoglądały w stronę młodszych koleżanek i kolegów, którzy skończyli już lekcje i właśnie rzucali w siebie śnieżkami na szkolnym dziedzińcu.
– Tacy to mają dobrze – mruknął pod nosem Kamil. Kiedy pierwszaki bawiły się już w najlepsze na dworze, on, Hania i Marcel musieli jeszcze siedzieć w ławkach. Do końca lekcji zostało pół godziny, ale oni myśleli już tylko o zimowych harcach. Pani z biblioteki chyba wiedziała, co im chodzi po głowie, bo zaczęła czytać na głos opowiadanie o lodowej krainie. Mimo że historia okazała się bardzo zajmująca, czas oczekiwania na koniec lekcji i tak się dzieciom dłużył…
W końcu się doczekały! Gdy tylko usłyszały upragniony dzwonek, wykrzyknęły radośnie „do widzenia” i z niedomkniętymi plecakami pobiegły w stronę szatni. Tam pospiesznie ubrały kurtki, czapki i rękawiczki, po czym wybiegły ze szkoły, by dołączyć do trwającej wciąż bitwy na śnieżki.
Spragnieni śniegu uczniowie z drugiej „B” z zapałem lepiki kulki i miotali śnieżne pociski na wszystkie strony. Schylając się po kolejną śnieżkę, zdyszany Kamil usłyszał znajomy głos.
– Zamawiali Państwo taksówkę? – pan Grzegorz stał oparty o swojego czarnego forda, który lśnił w zimowym słońcu. Na jego widok Kamil szeroko się uśmiechnął.
– Hanka, Marcel, jedziemy do parku! – chłopiec krzyknął do pochłoniętych zabawą przyjaciół, po czym popędził w stronę taty i mocno go wyściskał.
– Dzień dobry, tato Kamila – Marcel i Hania przywitali się chórem, strzepując sobie z ubrań pozostałości po śnieżkach.
– Cześć dzieciaki! Gotowi na przygodę? – zapytał pan Grzegorz. – Wasi rodzice zgodzili się, żebyście ze mną pojechali. Sami niestety nie mogą do nas dołączyć, bo mają inne obowiązki. To jak, wsiadamy?
– Tak, pewnie – usłyszał w odpowiedzi, ale w głosach Marcela i Hani nie było słychać entuzjazmu. Nie uszło to uwadze ich kierowcy.
– Wchodźcie, przygotujemy dla rodziców krótki film – odpowiedział Pan Grzegorz, uchylając drzwi samochodu, a gdy wszyscy byli już w środku, włączył nagrywanie. – Dzień dobry drodzy rodzice, z pokładu czarnej rakiety niekosmicznej wita was kapitan Grzegorz z dzielną załogą: Hanią, Kamilem i Marcelem. Meldujemy, że mamy za mało paliwa, żeby dotrzeć do stacji polarnej, dlatego obieramy kurs na najbliższy park. Pewnie nie spotkamy tam pingwinów, ale śniegu i lodu powinno być pod dostatkiem. Za 10 minut lądujemy, pozdrawiamy was serdecznie! – tata Kamila zakończył swoją przemowę, po czym skierował kamerę na machające dzieci.
Jego syn radośnie podskakiwał na swoim miejscu. Marcel i Hania też próbowali się uśmiechać, ale na ich twarzach radość mieszała się z rozczarowaniem. Pan Grzegorz miał jednak nadzieję, że rozchmurzą się, gdy tylko zaczną zabawę, dlatego szybko wysłał nagrany film i ostrożnie ruszył w stronę parku.
***
– Jaka ciężka ta kula, pomocy! – Marcel spojrzał na przyjaciół błagalnym wzrokiem. Każdy
z nich toczył własną kulę, ale ta Marcela była zdecydowanie największa. Chłopiec nie zamierzał jednak na tym poprzestać. Ustalili przecież, że ulepią największego bałwana
w historii!
Cała trójka zabrała się za toczenie kuli, która zamieniła się w ten sposób
w prawdziwego olbrzyma. Dwie pozostałe też były niczego sobie. Tylko tata Kamila miał na tyle siły, by je podnieść i ułożyć jedna na drugiej.
– No, spisaliście się – powiedział z uznaniem jedyny dorosły w zespole, przybijając „piątkę” całej trójce dumnych budowniczych. – To chyba naprawdę największy bałwan w historii, musimy go zgłosić do Księgi Rekordów Guinnessa!
Wielka, śnieżna istota spoglądała na nich z góry przez małe oczy zrobione z węgielków. Na głowie miała zawadiacko przekrzywiony beret, a na szyi zawiązany szalik, który falował na lekkim wietrze. Wetknięta w prawy bok gałąź wyglądała jak prawdziwa ręka, dlatego tata Kamila pożyczył bałwanowi swoją rękawiczkę.
– Szkoda, że zapomniałem o marchewce, byłby idealny – skomentował pan Grzegorz, a reszta pokiwała twierdząco głowami.
– Dzień dobry, czy ktoś tu mówił o marchewce? – z pobliskich krzaków wyłoniła się nagle postać mężczyzny. Choć zaczynało się już ściemniać, Hania natychmiast rozpoznała przybysza.
– Tatuś! – wykrzyknęła radośnie i pobiegła przed siebie, by po chwili wpaść mężczyźnie w ramiona. Była zaskoczona i zarazem przeszczęśliwa. Skąd jej tata wziął się w parku? Przecież nigdy nie miał czasu na lepienie bałwana i dzisiaj też miało go nie być…
Pan Igor przywitał się z obecnymi, częstując wszystkich suszonymi owocami. – Lepienie bałwana to ciężka praca, przyda Wam się trochę kalorii. A dla ciebie też coś przyniosłem. Miałem nosa, że zabrałem to ze sobą – powiedział tajemniczo, spoglądając w stronę wielkiego, śnieżnobiałego jegomościa. Wyjął z plecaka dorodną marchewkę i stając na palcach przymocował ją tam, gdzie każdy szanujący się bałwan powinien mieć nos.
– Wygląda idealnie – podsumował tata Kamila i już chciał zaproponować wspólne zdjęcie z bałwanem, gdy jego telefon nagle się rozdzwonił. – Marcel, to chyba ktoś do ciebie – odwrócił się do chłopca i dopiero teraz dostrzegł jego smutną minę. – Odbierz, to na pewno poprawi ci humor.
W telefonie wibrowała ikonka kamery, a w rogu urządzenia chłopiec dostrzegł zdjęcie swojego taty. Marcel z przejęciem przesunął palcem po ekranie i… to naprawdę był on!
– Cześć synku! – tata chłopca mówił głośno, przekrzykując hałas panujący na afrykańskim lotnisku. – Czy załoga waszej rakiety dotarła już do parku?
– Tak, tato! – krzyczał wyraźnie wzruszony Marcel. – Spójrz tylko, co razem zbudowaliśmy!
Chłopiec odwrócił telefon w drugą stronę, pokazując bałwana w pełnej krasie.
– Coś takiego, to chyba największy bałwan na świecie! – pan Marek aż złapał się za głowę. – Bardzo mi się podoba. I nawet nie wiesz, jak mi przykro, że nie ulepiliśmy go razem… Widzę, że jest tam z wami tata Hani. Przekaż mu proszę, że gdy tylko zbuduje wehikuł czasu, to zostanę jego pierwszym klientem. I wrócę do dzisiejszego dnia, żeby dołączyć do Was w parku.
– Przecież jest pan tutaj z nami – wtrącił nagle Kamil. – Uwaga, sprawdzam listę obecności tatusiów! Tata Kamila?
– Jestem!
– Tata Hanki?
– Obecny!
– Tata Marcela?
– Melduje się na rozkaz!
Po tych słowach nawet smutny dotąd Marcel szeroko się uśmiechnął. I tak jak pozostałe dzieci, wrócił do domu już w dobrym nastroju.
***
Dla Hani pojawienie się jej taty w parku było wielką niespodzianką. Czyżby ten jeden raz uznał, że jego przełomowy wynalazek może poczekać? A może przestraszył się, że gdy wehikuł czasu będzie wreszcie gotowy, to nie zdąży się cofnąć do tych wszystkich ważnych momentów, które kiedyś przegapił, doskonaląc swój projekt? Hania o to nie pytała. Cieszyła się, że mogła spędzić ten czas ze swoim tatą.
A Kamil? Kamil był dumny. Zrozumiał, że to nieważne, czy jego tata jest szefem wszystkich szefów. Czy odkrywa nieznane lądy albo czy pracuje nad wehikułem, który odmieni losy świata. To wszystko nie miało znaczenia, bo jego tata rozumiał coś, co umykało wielu ojcom, znikającym daleko za horyzontem albo zupełnie blisko, we własnym, przydomowym warsztacie. Wiedział, że jeśli chce ulepić z synem bałwana, to powinien to zrobić właśnie teraz. Bo być może gdzieś tam, hen daleko, bałwany można lepić przez cały rok. Ale w ich rodzinnym mieście taka okazja może się szybko nie przytrafić.
- kontakt@bajkadopoduszki.pl
Copyright 2023 © Tomasz Biegański 4image Lab
